Sapa kontra Ha Giang Loop – o co całe zamieszanie?
Północny Wietnam ma ten problem, że jest… za ładny. Wrzucasz w wyszukiwarkę „góry Wietnam” i nagle lądujesz w wiecznej dyskusji: Sapa czy Ha Giang Loop? Sam w to wpadłem. Z jednej strony klasyka: ryżowe tarasy Sapy. Z drugiej – coraz słynniejsza, bardziej dzika pętla motocyklowa w Ha Giang, o której na backpackerskich grupach piszą jak o końcu świata w najlepszym wydaniu.
Oba miejsca leżą w północnej części kraju, oba są górskie, piękne i coraz popularniejsze. Tyle że pakują w głowę zupełnie inne obrazy. W Sapie pierwsze co zobaczyłem po wyjśicu z busa, to tłum, neony i szyld znanej kawowej sieciówki. W Ha Giang – serpentynę znikającą we mgle i dolinę tak głęboką, że aż głupio było patrzeć w dół.
Ha Giang Loop to po prostu kilkudniowa pętla po górach, najczęściej na skuterze. Przełęcze, przejazdy nad przepaścią, wioski po drodze, homestaye u lokalnych rodzin. Coraz więcej osób dorzuca do tego trekking: krótsze wyjścia w góry prosto z homestayu, organizowane przez gospodarzy. To efekt rozwoju community-based tourism – zamiast dużych biur, to mieszkańcy wiosek proponują własne szlaki i noclegi.
W Sapie dzieje się coś odwrotnego. Miasteczko rośnie w górę, przybywa hoteli, kawiarnie są na każdym rogu, a trekking można kupić jak zestaw w fast foodzie: „jutro, 6 godzin, wioski Hmong i Dao, dowóz w cenie”. Jest wygodnie, trochę komercyjnie, ale też dużo łatwiej wszystko ogarnąć.
Żeby nie kręcić się w kółko, postawiłem tu na pięć spraw, które najbardziej interesują osoby planujące aktywny wyjazd: trekking, widoki, poziom trudności tras, infrastrukturę i koszty na miejscu. A na końcu spróbuję odpowiedzieć szczerze: dla kogo jest dopieszczona Sapa, a dla kogo Ha Giang Loop z całym swoim chaosem.
Trekking i widoki: ryżowe tarasy Sapy kontra surowe klify Ha Giang
Poranek w Sapie. Siedzisz na drewnianym tarasie homestayu, w kubku paruje vietnamska kawa, a przed tobą układa się w schody zielono-złote morze ryżu. Z doliny dobiega gdakanie kur i odległe „hello” dzieci wracających ze szkoły. Mgła podnosi się powoli, jak kurtyna w teatrze.
Teraz przerzut w głowie do Ha Giang. Stoisz na wąskiej drodze tuż przy metalowej barierce. Po lewej pionowa ściana skały, po prawej przepaść. W dole wije się rzeka, a góry po drugiej stronie wyglądają jak kamienne mury ustawione ręką giganta. Tu nie ma miękkiej ramy ryżowych tarasów. Jest surowo.
Sapa to królestwo sprawdzonych tras. W miasteczku co chwilę ktoś pyta, czy nie potrzebujesz przewodnika. Biura wywieszają gotowe propozycje kilkugodzinnych lub jednodniowych trekkingów, sporo jest też dłuższych przejść z noclegami w wioskach etnicznych Hmong i Dao. Szlaki są ograne, łatwo znaleźć towarzyszy, nawet jeśli podróżujesz solo.
Same widoki to głównie ryżowe tarasy, doliny i niższe, łagodniejsze góry. W sezonie wszystko jest absurdalnie fotogeniczne. Zdarza się jednak, że przez kilka godzin widzisz tylko mleko – mgła potrafi położyć się gęsto na całej dolinie i wtedy trekking robi się dość filmowy, ale mało „pocztówkowy”.
Ha Giang to inna bajka. Krajobraz jest bardziej dramatyczny, momentami surowy jak z innej planety. Przełęcze, ostre szczyty, serpentyny przyklejone do zboczy, doliny tak głębokie, że dno ginie w cieniu. Trekkingi są tu mniej „wypolerowane”. Czasem start szlaku to po prostu polna droga przy czyimś polu, która nagle zmienia się w stromą ścieżkę po kamieniach.
Wielu ludzi zaczyna przygodę od samego loopa na skuterze, a trekking traktuje jako dodatek. Przyjeżdżasz do wioski, zostajesz w homestayu i gospodarz wieczorem mówi: „jutro możemy iść do tamtej doliny, 4–5 godzin”. To nowy, coraz mocniejszy trend – zamiast gotowych folderów masz rozmowę przy kolacji i spontaniczne wyjścia w góry.
Sapa będzie idealna dla tych, którzy marzą głównie o zdjęciach ryżowych pól, miękkich liniach tarasów i tym bardziej „pocztówkowym” obrazie Wietnamu. Ha Giang pasuje osobom, które lubią surowe, skaliste krajobrazy i wolą mieć w kadrze jedną ścieżkę i jednego pasterza, a nie dziesięć grup z kijkami trekkingowymi.
Poziom trudności, infrastruktura i koszty na miejscu: gdzie łatwiej, taniej i wygodniej
Zacznijmy od portfela. W Sapie za prosty homestay płaciłem około 80–90 zł za noc, ze śniadaniem. Obiad z piwem w miasteczku wychodził mi zazwyczaj w okolicach 30–40 zł. W Ha Giang noclegi w homestayach kosztowały mnie bliżej 60 zł, a za solidny posiłek z piwem płaciłem często 20–25 zł. Różnica była odczuwalna, zwłaszcza przy kilku dniach podróży.
Sapa wygrywa wygodą. Dojazd jest prosty, pociągi i busy kursują regularnie, a na miejscu czeka cały turystyczny ekosystem: agencje, przewodnicy, wypożyczalnie skuterów, kawiarnie, spory wybór noclegów – od prostych domów gościnnych po hotele z basenem na dachu. Szlaki są lepiej oznaczone, często też bardziej zatłoczone, z typowymi „turystycznymi” przystankami: sklepik z pamiątkami, punkt zdjęciowy, herbata w wiosce.
Poziom trudności trekkingów w Sapie można sobie dobrać. Chcesz spokojny spacer między wioskami na 3–4 godziny? Proszę bardzo. Masz ochotę na dwa dni z noclegiem w górach? Też się znajdzie. Pustki na szlaku zdarzają się rzadko – zwykle gdzieś w zasięgu wzroku masz inną grupę.
Ha Giang jest bardziej wymagające logistycznie. Żeby tam dotrzeć, często jedziesz nocnym autobusem, wysiadasz o świcie w mieście Ha Giang i dopiero wtedy zaczyna się kombinowanie: skuter, mapa loopa, plan noclegów. Oficjalnej infrastruktury jest mniej, ale z roku na rok wyrastają nowe homestaye, małe knajpki, punkty naprawy skuterów.
Szlaki piesze bywają bardziej strome, częściej błotniste, gorzej oznaczone. Trzeba się dopytywać, gdzieniegdzie iść „na czuja”. Dla jednych to minus i stres, dla innych – crème de la crème całej wycieczki.
Do tego dochodzi sam Ha Giang Loop. Połączenie trekkingu z jazdą na skuterze brzmi romantycznie, ale po całym dniu kręcenia serpentynami kolana i ramiona potrafią boleć bardziej niż po sześciu godzinach marszu. Ruch drogowy też swoje dokłada – ciężarówki na zakrętach, lokalne autobusy, ścigający się backpackerzy na automatach.
Ja w Ha Giang płaciłem za noclegi i jedzenie zauważalnie mniej niż w Sapie, ale za to w Sapie łatwo było złapać promocję na sensowny hotel w aplikacji z rezerwacjami. Przed wyjazdem dobrze jest przeklikać ceny noclegów w serwisach typu HikersBay, gdzie w jednym miejscu można podejrzeć orientacyjne koszty hoteli i ogólny budżet na dany region. Ja dodatkowo zawsze zerkam tam na pogodę i klimat – w deszczowym sezonie niektóre ścieżki w Ha Giang zamieniają się w błotną ślizgawkę i wtedy plan „lekki trekking” szybko robi się mało zabawny.
Sapa czy Ha Giang Loop – jak wybrać pod swoje tempo podróży
Komu bardziej pasuje Sapa, a komu Ha Giang? To pytanie słyszałem w hostelu w Hanoi chyba trzy razy dziennie.
Jeśli lubisz mieć plan, lubisz wiedzieć, że znajdziesz kawiarnię z wifi i że przewodnik zjawi się punktualnie pod hotelem, Sapa będzie jak miękkie lądowanie. Łatwo ją wpleść między inne miejsca w Wietnamie. Rano wychodzisz na kilka godzin na szlak, po południu siadasz w kawiarni z widokiem na góry, wieczorem robisz spacer po mieście i wpadniesz na pho na kolację. Nawet spontaniczny jednodniowy trekking „na jutro” da się załatwić jedną rozmową w recepcji.
Ha Giang Loop to inny typ podróży. Bardziej dla tych, którzy dobrze się czują w lekkim chaosie. Nie boją się, że GPS zgłupieje, a mapa offline pokaże trzy różne drogi naraz. Homestay to nie zawsze standard hotelowy, za to często wieczór kończy się przy wspólnej kolacji i domowym alkoholu z gospodarzem, z którym rozmawiasz na migi, bo angielski kończy się na „cheers”.
Community-based tourism w Ha Giang daje szansę na bliższe spotkania z ludźmi. Śpisz w drewnianym domu, rano jesz z rodziną z jednej miski, ich dzieci przebiegają ci górą nad głową po antresoli. Jednocześnie wymaga to trochę elastyczności – czasem prysznic jest tylko z zimną wodą, a „cztery godziny trekkingu” zamieniają się w sześć, bo po drodze ktoś zaprasza na herbatę.
Jeśli myślisz bardziej o poważnym wyjeździe w wysokie góry, gdzie wysokość zaczyna naprawdę robić różnicę, rzuć okiem na tekst Himalaje krok po kroku z Polski: prosty plan wyprawy, koszty i formalności. Na tle Himalajów, z ich przełęczami powyżej 5000 metrów, zarówno Sapa, jak i Ha Giang to raczej przyjemne, średnio wymagające góry. Bardziej o tempie marszu, mgle i błocie niż o chorobie wysokościowej.
Gdybym miał wybierać na pierwszy raz w Wietnamie, postawiłbym na Sapę. Żeby złapać klimat górskiej północy bez całej logistyki loopa. Na powrót – już z trochę bardziej „rozchodzonymi” nogami – brałbym Ha Giang. Dłużej, wolniej, z kilkoma trekkingami po drodze i kilkoma wieczorami spędzonymi po prostu na gapieniu się w czarne niebo nad doliną.
Na co masz dziś ochotę: dopieszczona Sapa, dziki Ha Giang i inne inspiracje
Na końcu sprowadza się to do prostego wyboru: wolisz góry z kawiarnią za rogiem, czy góry, gdzie po zmroku robi się naprawdę ciemno i twoją jedyną lampą uliczną są gwiazdy? Jedno i drugie ma sens. Jedno i drugie zostaje w głowie na długo.
Północny Wietnam to dobry wstęp do bardziej „offowych” kierunków. Jeśli po tych górach poczujesz, że ciągnie cię w mniej oczywiste rejony, zajrzyj do tekstu Mniej znane wyspy Japonii: gdzie znaleźć autentyczne wioski i niższe ceny podróży – tam też chodzi o szukanie autentycznych, spokojniejszych regionów i niższych cen poza głównym szlakiem.
Przy eksplorowaniu Azji coraz bardziej widać, jak ważne są lokalne zwyczaje. Dobrą lekcją jest tekst Czego nie wolno w Japonii: ciche metro, śmieci i jedzenie na ulicy – praktyczny przewodnik po etykiecie dla turystów. Po takiej lekturze nagle trochę inaczej patrzy się na własne zachowanie w homestayu czy w górskiej wiosce w Wietnamie.
A jeśli po Sapie i Ha Giang w głowie zaświta ci coś wyższego niż 3000 metrów, znów wróć do Himalaje krok po kroku z Polski i zacznij składać większą wyprawę. Tylko nie przeciągaj planowania w nieskończoność. Wybierz w końcu jeden kierunek i rusz, bo góry – i w Wietnamie, i gdzie indziej – nie będą wiecznie wyglądały tak samo.