Podróże

Patagonia pierwszy raz: Chile czy Argentyna i którą trasę wybrać?

Patagonia pierwszy raz: Chile czy Argentyna i którą trasę wybrać?

Pierwsza Patagonia w życiu: o co tu w ogóle chodzi

Pamiętam ten moment nad otwartą mapą Ameryki Południowej. Zbliżam, zbliżam, szukam tej mitycznej Patagonii… i nagle okazuje się, że to nie jest jedno miejsce, tylko gigantyczny dół kontynentu rozlany po dwóch krajach. Człowiek cbciał tylko zobaczyć kilka gór i jakąś lamę, a tu nagle logistyka pół świata.

Dla porządku: Patagonia to cały ten „koniec świata” na południu Chile i Argentyny. Góry, lodowce, wiatr, puste przestrzenie. Tyle że po chilijskiej stronie to bardziej kraina fiordów, wody i wysp, a po argentyńskiej – suche stepy i góry wystające z niczego. Na mapie wygląda to kusząco, w kalendarzu urlopowym już trochę mniej. Większość osób lecących z Polski nie ma czasu, żeby objechać wszystko na raz.

Ten tekst to szybkie, reporterskie porównanie dwóch pierwszych, najprostszych opcji: chilijska Patagonia kontra argentyńska. Bez udawania, że to „ostateczny przewodnik po końcu świata”. Bardziej rozmowa przy kawie o tym, co wybrać na pierwszy raz, żeby nie wrócić z poczuciem, że połowę wyjazdu spędziło się na lotniskach.

Opieram się na własnych wtopach i zachwytach, na świeżych przewodnikach papierowych (Lonely Planet dalej leży u mnie na półce z pozaginanymi rogami) i na popularnych trasach, które łączą oba kraje. Patrzę na kilka rzeczy: krajobrazy, ceny na miejscu, komunikację i to, jak wyglądają typowe szlaki.

Chodzi o konkrety: co lepiej zagra przy twoim budżecie, ile masz urlopu i czy bardziej kręci cię kilka dni z rzędu pod namiotem, czy jednak baza z łóżkiem i prysznicem. A na końcu podrzucę też teksty o kosztach trekkingu w Europie i mniej oczywistych kierunkach dla tych, którzy dopiero budują górskie doświadczenie i chcą podejść do Patagonii z rozgrzewką.

Chile czy Argentyna? Krajobrazy, pogoda i klimat wyprawy

Patagonia to trochę dwa światy w ramach jednego końca świata.

Chile to wąski pasek lądu przyklejony do oceanu. Po stronie patagońskiej oznacza to fiordy, zielone lasy, rozsypane po wodzie wyspy, lodowce spadające prawie do jezior. I wodę generalnie wszędzie: pod nogami, nad głową, w butach. W Torres del Paine, tej pocztówce z chilijskiej Patagonii, krajobraz zmienia się dosłownie co godzinę – raz idziesz wzdłuż mlecznego jeziora, za chwilę szurczesz po żółtej łące, a na końcu stoisz pod lodowcem i próbujesz nie odlecieć z wiatrem.

Trekkingi po chilijskiej stronie są często bardziej „mokre”. Nie tyle trudniejsze technicznie, co po prostu bardziej intensywne pogodowo. Szlaki prowadzą blisko lodowców, jezior i fiordów, a chmury potrafią przykryć wszystko w dziesięć minut. Miałem dzień w Torres del Paine, kiedy przez pół dnia szedłem w deszczu poziomym. Mgła, kaptur, rękawiczki, zero widoku. Po kilku godzinach doszedłem do punktu widokowego, zobaczyłem cienką linię zarysów gór, prychnąłem śmiechem i wróciłem do namiotu suszyć skarpety nad kuchenką.

Argentyna to inna bajka. Po przekroczeniu granicy nagle robi się szeroko, płasko i sucho. Dookoła stepy, niskie krzaki, długie proste drogi, które ciągną się tak, że masz wrażenie, że jedziesz w Westernie z Patagonii. Z tej pustki wyrastają nagle ogromne, poszarpane masywy górskie. El Chaltén i okolice Fitz Roya to idealny przykład: miasteczko, kilka ulic, a nad tym wszystkim zęby granitu, które wyglądają jak wygenerowane w jakiejś grze.

Po stronie argentyńskiej krajobraz jest bardziej suchy, czystszy w kadrach. Mniej soczystej zieleni, więcej nieba, kamieni i lodu. W okolicach El Calafate potężny lodowiec Perito Moreno przypomina, że woda tu nadal rządzi, ale ogólne wrażenie jest inne. Mniej fiordów, więcej „końca świata” w wersji stepowej.

Do tego dochodzi pogoda. W uproszczeniu: Chile – więcej deszczu i nagłych zwrotów akcji; Argentyna – częściej sucho, ale wiatr i słońce potrafią zrobić z ciebie suszoną morelę. W tym samym tygodniu, kiedy w Torres del Paine leciał na mnie deszcz poziomy, kilka dni później siedziałem już po argentyńskiej stronie na skale przy Lagunie de los Tres. Bez kurtki, za to spalony wiatrem i słońcem tak, że wieczorem wyglądałem jak pomidor w czapce z daszkiem.

Przed zakupem biletu warto przeklikać prognozy i klimat. Ja przed wyjazdem do Patagonii sprawdzałem sezonowość w HikersBay – przede wszystkim średnie temperatury, nasilenie opadów i to, kiedy wiatr najbardziej daje w kość. Dla wielu osób decyzja Chile vs Argentyna zaczyna się właśnie od tolerancji na deszcz. Jeśli nienawidzisz mokrych butów, prędzej przeciągnie cię na argentyńską stronę. Jeśli uwielbiasz dramatyczne chmury, fiordy i nie boisz się deszczu, Chile kusi bardziej.

Budżet i logistyka: gdzie portfel boli mniej i dokąd łatwiej dojechać

Piękne widoki pięknymi widokami, ale prędzej czy później i tak otwieramy aplikację bankową. Patagonia ma opinię drogiej i ta opinia nie wzięła się znikąd.

Po chilijskiej stronie czułem to szczególnie w noclegach i jedzeniu. W Puerto Natales za łóżko w zwykłym hostelu płaciłem mniej więcej tyle, co w przyzwoitym hoteliku w południowej Europie. Obiady w najprostszych knajpach wychodziły mi często podobnie do cen w Polsce w turystycznych miejscach, ale porcje były większe. Generalnie – nie dramat, ale tanio też nie.

W El Chaltén bywało ciut łagodniej. Nocleg w hostelu kosztował mnie realnie trochę mniej niż po stronie chilijskiej, a prosty obiad – coś w stylu burger + frytki – był zauważalnie tańszy, zwłaszcza przy dobrym kursie. Tyle że kurs w Argentynie żyje własnym życiem, więc sytuacja zmienia się szybciej niż pogoda na szlaku. Przed wyjazdem zaglądałem do HikersBay, żeby porównać orientacyjne koszty życia i ceny hoteli. To daje chociaż z grubsza obraz, ile będzie schodzić z konta każdego dnia.

Druga rzecz to droga na miejsce. Najczęstszy schemat z Polski wygląda tak: lot do Santiago, a stamtąd dalej do Punta Arenas lub Puerto Natales, albo lot do Buenos Aires i dalej do El Calafate, Bariloche albo innego patagońskiego lotniska. Same loty międzykontynentalne to jedno, ale bilety wewnętrzne potrafią zjeść sporą część budżetu. Zdarzyło mi się, że krajówka w Argentynie kosztowała prawie tyle co najtańszy segment między Europą a Ameryką Południową.

Da się trochę przyciąć koszty, wybierając mniej „instagramową”, ale łatwiej dostępną bazę wypadową. Zamiast od razu Torres del Paine – okolice Bariloche. Zamiast skakania między Chile i Argentyną w dwa tygodnie – skupienie się na jednym miasteczku i jego szlakach.

No i są autobusy. Patagońskie autobusy to osobny stan umysłu. Piękne widoki za oknem, ale czasami tylko jeden kurs dziennie. Jechałem kiedyś z El Calafate w stronę Chile, niby niewielka odległość na mapie, a wyszły długie godziny klepania prostej drogi. Oczywiście zabrakło kanapek. Przez dwie godziny patrzyłem na tę samą kępę krzaków za oknem, lekko tylko zmieniając kąt, bo wiatr przewiewał chmury.

Dobrze jest zestawić sobie Patagonię z czymś bliżej domu. W tekście Tydzień na długodystansowym szlaku w Europie: ile to naprawdę kosztuje z Polski? widać dobrze, jak wypada tydzień marszu bliżej domu. Dla wielu osób rozsądny plan to najpierw tańszy trening w Europie, a dopiero potem Patagonia.

Przy ograniczonym urlopie wybór między Chile a Argentyną to często decyzja: więcej czasu w jednym regionie bez pośpiechu czy gonitwa między dwoma krajami, autobusami i lotami wewnętrznymi. I tu naprawdę nie ma jednej dobrej odpowiedzi – każdy inaczej znosi wielogodzinne siedzenie na dworcu.

Popularne szlaki, poziom trudności i który wariant wybrać na pierwszy raz

Masz dwa tygodnie, umiarkowaną kondycję i marzysz o Patagonii – co wybierasz?

Po chilijskiej stronie króluje oczywiście Torres del Paine. Klasyczne trasy W i O to kilka dni z rzędu na szlaku. Śpisz na campingach lub w schroniskach, trzeba ogarnąć rezerwacje, bo miejsca potrafią się skończyć na długo przed sezonem. Noclegi na terenie parku są droższe niż poza nim, dochodzi jeszcze logistyka jedzenia i bagażu. Przewyższenia same w sobie nie zabijają, ale wiatr potrafi zatrzymać w pół kroku, a deszcz potęgować zmęczenie.

To nie jest wyprawa „z doskoku”. Bardziej mała ekspedycja trekkingowa, która wymaga choć minimalnego obycia z noszeniem plecaka przez kilka dni z rzędu. Dla wielu osób to spełnienie marzenia, ale też wyraźny skok trudności względem weekendu w Tatrach.

Argentyńskie klasyki wokół El Chaltén działają zupełnie inaczej. Miasteczko jest bazą, szlaki startują dosłownie z końca ulic. Robisz całodniowy trekking – Laguna de los Tres, Laguna Torre, krótsze ścieżki widokowe – a wieczorem wracasz do łóżka, prysznica i ciepłego jedzenia. Nie musisz od razu pakować się w wielodniowy marsz, możesz składać swój wyjazd z jednodniowych wypadów.

Dla początkujących to ogromna ulga. Możesz modyfikować plany dzień po dniu, reagować na prognozę, bóle kolan, zmęczenie. Mnie El Chaltén pomogło psychicznie. Wiedziałem, że jeśli rano pogoda będzie fatalna, po prostu zostanę w kawiarni albo wybiorę krótszą trasę, zamiast desperacko pchać się w ulewie do kolejnego biwaku.

Jeśli więc budżet jest ograniczony, kondycja przeciętna, a w głowie siedzą obrazy ostrych szczytów nad turkusowymi jeziorami – na pierwszy raz brałbym Argentynę i bazę w El Chaltén. Krótszy próg wejścia, łatwiejsza organizacja, mniej stresu z rezerwacjami i nadal bardzo konkretne góry.

Jeśli jednak od lat masz plakat Torres del Paine nad biurkiem, trochę większy budżet i nie boisz się deszczu, to Chile jest oczywistą odpowiedzią. Trasy W i O dają poczucie prawdziwej wyprawy: kilka dni z rzędu w terenie, szlaki tuż przy lodowcach, fiordy po drodze. Po powrocie do domu człowiek naprawdę czuje, że był „na końcu świata”.

Da się też połączyć oba warianty w jednym wyjeździe. Przy trzech tygodniach robi się to już sensowne – na przykład kilka dni w Torres del Paine, a potem autobus przez granicę do El Calafate i dalej w stronę El Chaltén. Przejścia graniczne między Puerto Natales a El Calafate są obsługiwane autobusami, ale trzeba pilnować rozkładów. To nadal sporo godzin jazdy, choć widoki z okna wynagradzają część bólu kręgosłupa.

A jeśli lubisz mniej oczywiste szlaki i to poczucie „końca świata”, ale chcesz całkiem innej kultury, rzuć okiem na tekst Japonia poza utartym szlakiem: 7 tanich, a niezwykłych miejsc na autentyczną podróż. Tam też zdarzają się puste przestrzenie i poczucie dziwnej odległości od reszty świata, ale w zupełnie innym wydaniu.

Na koniec świata i dalej: gdzie jechać po Patagonii

Powrót z Patagonii wygląda często podobnie. Telefon zmienia tapetę na Fitz Roya albo wieże Torres del Paine, znajomi pytają „i co dalej?”, a w głowie zaczyna się niebezpieczna zabawa w porównania. Ile płaciłem za noclegi w Chile, czy tydzień trekkingu w Europie naprawdę wychodzi taniej, gdzie jeszcze są miejsca z taką przestrzenią.

Dla wielu osób naturalnym kolejnym krokiem jest coś bliżej domu. Tekst Tydzień na długodystansowym szlaku w Europie: ile to naprawdę kosztuje z Polski? dobrze pokazuje, jak taka rozgrzewka może wyglądać finansowo. Jeśli z kolei po Patagonii ciągnie cię w stronę dalszych, mniej oczywistych kierunków, to Japonia poza utartym szlakiem może być zaskakująco dobrą inspiracją, a gdy przyjdzie etap „tropikalny”, wtedy przydaje się z kolei praktyczny tekst Muszle, rafa i piasek z plaży: czego nie wolno wywozić z Tajlandii i jak uniknąć problemów na granicy, bo tam graniczne niuanse potrafią zepsuć humor szybciej niż patagoński wiatr.

Niezależnie od tego, czy na pierwszy raz padnie na Chile, czy na Argentynę, ta pierwsza Patagonia zostaje w głowie na długo i trudno się potem z niej całkiem wyleczyć.

O autorze

Sebastian Boguszewicz

Podróżnik, fotograf podróżniczy. Architekt oprogramowania. https://500px.com/p/sebbie1o1