Jak zaplanować trekking na Sri Lance bez wpałki z pogodą, pijawkami i budżetem
Sri Lanka kojarzy się z plażą, kokosem i nicnierobieniem, ale prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero w Hill Country. Na szlakach między herbacianymi krzakami nagle widać, jak ten kraj oddycha.
Tu będzie trochę bardzo klasycznych tras – Ella Rock, Little Adam’s Peak, Pidurangala naprzeciw Sigiriyi – i trochę bardziej pokręconych ścieżek w okolicach Nuwara Eliya i Haputale. Bez poezji, za to z prostymi oznaczeniami poziomu wysiłku: spacer, trochę zadyszki albo ostra wyrypa. Do tego realny czas przejścia, przybliżone ceny wejściówek i dojazdów, no i pogodowe miny, na które można wdepnąć.
Mój pierwszy kontakt z pijawką w Hill Country wyglądał tak: patrzę na buty, coś się rusza. Po chwili orientuję się, że skarpeta zaczyna przypominać scenę z taniego horroru. A to był dopiero początek pory deszczowej. Drugi klasyk: wejście na punkt widokowy, o którym wszyscy mówią, że „koniecznie, widoki kosmos”, i mgła tak gęsta, że widziałem tylko własną kurtkę. Sri Lanka w wersji 4K… wyobraźni.
Deszcz tutaj to nie „czasem pokropi”. Jak się rozkręci monsun, potrafi lać jak z prysznica w hotelu z dobrym ciśnieniem. Dalej w tekście wrzucam konkretne miesiące, kilka trików ubraniowych i szybkie sposoby na radzenie sobie z pijawkami. Ceny transportu i noclegów lubię wcześniej obadać w narzędziach w stylu HikersBay albo w sekcji ceny hoteli i noclegów, żeby mniej więcej ogarnąć budżet i nie łapać się za głowę na miejscu.
Najpierw więc klasyki w Elli i przy Sigiriyi, a potem kilka bocznych ścieżek, które zwykle zdradzają dopiero lokalni albo podróżnicy z plecakami pamiętającymi czasy bez Instagrama.
Ella Rock, Little Adam’s Peak i okolice Haputale: klasyki Hill Country krok po kroku
Ella Rock zaczyna się niewinnie. Idziesz po torach jak w filmie, pociąg gdzieś mruczy w oddali, ktoś sprzedaje samosy przy stacyjce. Potem robi się ciekawiej, bo trzeba odbić w stronę plantacji i tu zaczyna się klasyczna gra: który skręt jest „tym właściwym”. Do tego nagle pojawiają się samozwańczy przewodnicy, którzy bardzo chętnie „pokażą drogę”, a potem liczą na napiwek.
Ja na całość – góra, dół, trochę błądzenia – potrzebowałem około 3,5 godziny. W górę da się wejść spokojnie w 1,5–2 godziny, w dół jest szybciej. Poziom: dla średnio ogarniętej kondycyjnie osoby do zrobienia, ale zadyszka się pojawia, a po deszczu korzenie zamieniają się w ślizgawkę. Naprawdę warto wyjść wcześnie rano, koło 6–7. Jest chłodniej, mniej ludzi i jest szansa, że panorama jeszcze nie zdążyła schować się w mleku.
Oficjalnej opłaty za szlak nie ma, za to na prywatnych odcinkach zdarzają się „lokalne bilety” za przejście. Zdarzyło mi się, że ktoś machał bilecikiem z zeszytu i domagał się zapłaty. Raz zapłaciłem drobne, innym razem po prostu grzecznie podziękowałem, pokazując, że mam już ścieżkę w telefonie. Nikt mnie nie gonił, ale dobrze mieć trochę cierpliwości i uśmiech gotowy.
Little Adam’s Peak to zupełnie inna bajka. Idealny pierwszy trekking w Hill Country. Startuje praktycznie z Elli, jest oznakowany, są schody, są barierki, punkty widokowe – wszystko, co kocha serce początkującego piechura. Wejście z przerwami na zdjęcia zajęło mi niecałą godzinę, zejście jeszcze mniej. Cała wycieczka to jakieś 1,5–2 godziny spokojnym tempem.
Poziom trudności? Spacer ze wspinaczką po schodach. Jedyny haczyk to deszcz – mokre stopnie robią się śliskie, a tłum w japonkach potrafi zamienić przejście w mały kabaret. Pamiętam faceta w białych eleganckich mokasynach, który w połowie drogi skapitulował i zszedł na boso. Za to zachód słońca z grani potrafi zrekompensować ten cały chaos.
Haputale to już bardziej DIY. Bierzesz pociąg z Elli (ja zapłaciłem coś koło kilku euro, naprawdę niedużo), wysiadasz w mieście na chmurach i nagle jesteś w świecie Lipton’s Seat i falujących pól herbacianych. Najprościej złapać tuk-tuka na start trasy – za podjazd pod Lipton’s Seat zrzuciliśmy się w kilka osób, wyszło mi mniej więcej 3–4 euro na głowę. Na sam punkt widokowy płaciłem bilet wstępu, też raczej symboliczny, około 2–3 euro.
Tu można szlajać się godzinami. Jednego dnia zrobiłem pętlę na około 4 godziny: od punktu widokowego, przez drogi między plantacjami, do kilku małych wiosek i z powrotem. Teren miękko faluje, więc niby łatwo, ale nogi czuć. W porze deszczowej chmury wpadają w doliny w kilka minut – rano robiłem zdjęcia w pełnym słońcu, a godzinę później widziałem już tylko sylwetki drzew w mleku.
Błoto po solidnym deszczu to osobna historia. But utknął mi raz tak mocno, że prawie zostałem w samych skarpetkach. W wysokiej trawie pojawiają się pijawki – nie od razu, ale jak się stanie przy potoku za długo, to nagle coś pełza po kostce. Tu prognozy i statystyki opadów przed wyjazdem naprawdę pomagają; dobrze jest rzucić okiem na serwisy w stylu HikersBay, gdzie można podejrzeć, w które miesiące deszcz najbardziej daje popalić.
Pidurangala naprzeciw Sigiriyi i zielone okolice Nuwara Eliya: widoki za ułamek ceny
Sigiriya to ikona Sri Lanki i portretów profilowych, ale najlepszy widok na słynną Lwią Skałę jest… naprzeciwko, z Pidurangali. Do tego bilet jest kilka razy tańszy, a sam trekking krótki i konkretny.
Wejście zaczyna się przy świątyni. Trzeba zdjąć buty w części sakralnej, przejść kawałek na boso, a potem wraca się do normalnego trybu. Później jest leśna ścieżka i ostatni odcinek lekkiej wspinaczki po większych kamieniach. Do góry szedłem około 30–40 minut, w dół odrobinę krócej. Przy dobrej kondycji to szybka akcja, ale w południowym upale pot leci po plecach jak z kranu.
Poziom trudności nazwałbym łatwym, z jednym bardziej wymagającym fragmentem, gdzie trzeba podciągnąć się przy skale. Nic ekstremalnego, ale w sandałach może być mniej zabawnie. Bilet wstępu kosztował mnie około 5–6 euro, płatne gotówką, więc warto mieć banknoty w portfelu, a nie polegać na karcie.
Transport załatwiłem tuk-tukiem z okolic Sigiriyi. Za kurs w obie strony z poczekaniem na mnie na dole zapłaciłem mniej więcej równowartość 8–10 euro. Jechaliśmy przed świtem, bo chciałem zobaczyć wschód słońca i dołączyć do tego słynnego pochodu czołówek na skale. Udało się, choć po deszczu kamienie były tak śliskie, że zejście po ciemku wymagało skupienia i bardzo wolnego tempa.
Nuwara Eliya to już zupełnie inny klimat – dosłownie. Po upale z Sigiriyi nagle lądujesz w miejscowości, która wygląda trochę jak brytyjski kurort zagubiony w dżungli, a temperatura spada tak, że pierwszy raz od przylotu zaczynasz tęsknić za polarową bluzą.
Zamiast kolejnej „atrakcji z folderu” poszedłem po prostu przed siebie. Z centrum miasta do punktu widokowego nad okolicą, potem pętla przy jeziorze Gregory i dalej ścieżkami przez pola herbaciane. W sumie wyszły mi około 3 godziny spokojnego marszu z przerwą na herbatę w małym sklepiku. To bardziej dłuższy spacer niż poważny trekking, ale różnica poziomów daje się trochę we znaki.
Pogoda w Nuwara Eliya potrafi zmienić się w ciągu godziny. Zacząłem dzień w słońcu, w samej koszulce, a wracałem w ulewie, z kapturem na głowie i we mgle, która wchłonęła pół miasta. Bez kurtki przeciwdeszczowej byłoby krucho. W Hill Country w porze deszczowej robi się podobnie jak w tropikalnych dżunglach Azji Południowo-Wschodniej – ściana wody, gęsta wilgoć, do tego niespodzianki typu pijawki na wilgotnych odcinkach. Kto planuje też inne mokre kierunki, może zerknąć na tekst o monsunie i Khao Sok: sezon deszczowy w Tajlandii a wyjazd do Khao Sok to osobna przygoda.
Mniej oczywiste szlaki, pijawki po kostki i gdzie szukać więcej inspiracji
Najfajniejsze trasy często nie mają nazwy w żadnym przewodniku. W Haputale zapamiętałem jedną z nich szczególnie. Zapytałem starszego pana przy malutkim sklepiku, czy „da się przejść na skróty do tamtej wioski”. Pokiwał głową, machnął ręką w stronę pola i po chwili szedłem między krzakami herbaty ścieżką, której nie było na żadnej mapie offline.
Skończyło się na 2–3 godzinach wędrówki od wioksi do wioski, z widokiem na dolinę, gdzie nie było ani jednego turysty. Poziom trudności – czysty relaks, ale ścieżka miejscami znikała w błocie, a po deszczu trzeba było skakać nad strumieniami jak w podstawówce. Takie trasy wychodzą zwykle w rozmowach przy herbacie, a nie z wyszukiwarki.
Deszczowy sezon w Hill Country najmocniej odczułem mniej więcej od maja do sierpnia. Codzienna rutyna wyglądała tak: rano całkiem spoko, koło południa niebo się zamyka, po południu leje jak z wiadra, a kamienie zamieniają się w ślizgawkę. Do tego nisko wiszące chmury odcinają widoki, więc trekking na „panoramę roku” łatwo kończy się spacerem we mgle.
Pijawki najczęściej widziałem w wysokiej trawie przy szlakach, w błocie przy potokach i na wąskich, wilgotnych ścieżkach między polami. Są małe, szybkie i bardziej wkurzające niż straszne. Kiedy już przyczepią się do skarpety, robią się grubsze, a krew leci chwilę nawet po oderwaniu. Najprostsze metody, które u mnie działają: długie skarpety, buty zamiast klapków, lekkie długie spodnie na bardziej zarośnięte odcinki. Warto mieć przy sobie sól albo po prostu szybko je odklejać i od razu zmieniać skarpetkę. Brzmi obrzydliwie, ale po dwóch dniach człowiek macha na to ręką.
Z kasą bywa różnie. Same szlaki są zwykle darmowe albo tanie, ale tuk-tuki, bilety wstępu do popularnych miejsc i noclegi potrafią powoli przegryzać budżet. Za kilka dni w Hill Country – Ella, Haputale, Nuwara Eliya – wydałem w przybliżeniu równowartość 200–250 euro, licząc pociągi, guesthouse’y, jedzenie i wejściówki. Nie prowadziłem tabelki w Excelu, po prostu co wieczór patrzyłem, ile mniej więcej zeszło z gotówki.
Przed wyjazdem lubię rzucić okiem na aktualne ceny hoteli, transportu i ogólne koszty w serwisach w stylu HikersBay. Pomaga to oswoić się z poziomem cen, zanim człowiek stanie z plecakiem na peronie w Colombo i zacznie się zastanawiać, czy wszystko mu się nie przeliczyło.
Jeśli po Sri Lance poczujesz, że trekking to jednak coś więcej niż „chwila spaceru po śniadaniu”, to prędzej czy później wpadnie do głowy porównanie z innymi, bardziej dzikimi regionami. Ja po Hill Country wylądowałem w Ameryce Południowej i sprawdzałem, jak ogarnąć wydatki w krainie lodowców i wiatru – o tym jest zresztą osobny tekst Patagonia niskim kosztem.
A jeśli po górach coraz bardziej ciągnie cię w stronę wody i już knujesz kolejną wyprawę do Azji, to możliwe, że przyda się porównanie miejsc do nurkowania w Tajlandii. O różnicach między słynnymi wyspami sporo napisałem w tekście Similany i Suriny vs Koh Tao. Bo po herbacianych wzgórzach naprawdę łatwo zamienić górskie buty na płetwy.